Archiwum kwiecień 2008


kwi 11 2008 Cube
Komentarze: 0

Film produkcji kanadyjskiej z 1997 roku, który w Polsce wyświetlany był dopiero dwa lata później. Był to fenomenalny debiut filmowy zaledwie 28- letniego reżysera. „Cube” został uhonorowany tytułem „Najlepszego Kanadyjskiego Debiutu Filmowego” w 1997 roku w Toronto.

W pierwszych minutach filmu reżyser zafundował widzowi całkiem spory wstrząs. Bardzo realistycznie przedstawił, co może spotkać głównych bohaterów filmu.

Następnie widzimy sześcioro nie znających się wcześniej ludzi. Budzą się oni w budynku, który okazuje się być wielkim sześcianem złożonym z 17576 mniejszych sześcianów. Nikt nie ma pojęcia jak tutaj się znaleźli ani dlaczego. A są to: policjant, psycholog, architekt, matematyczka, złodziej oraz mężczyzna chory na autyzm. Zaczynają zastanawiać się jak można znaleźć wyjście z nietypowego budynku. Okazuje się, że nie będzie to tak proste jak się wydawało, ponieważ w wielu pomieszczeniach znajdują się śmiertelne pułapki. Jeden z bohaterów traci życie wchodząc do jednego z sześcianów. Zszokowani ludzie postanawiają się nie poddawać i uciekają dalej. Jedyną szansą, by uciec z piekielnego sześcianu jest wspólne działanie, ponieważ umiejętności każdego z nich uzupełniają się wzajemnie. Jednak czy obcy względem siebie ludzie potrafią znaleźć wspólny język? Czy będą w stanie połączyć swe siły by uciec z pułapki? To już musicie zobaczyć sami.

Reżyserem filmu jest Vincenzo Natali. Pomysł na swój pierwszy pełnometrażowy film zaczerpnął ze swego zresztą filmu pt „Elevated”, w którym główni bohaterowie utknęli w windzie. Zdjęcia do „Cube trwały niecały miesiąc. Ponadto cały film kręcony był tylko w jednym sześcianie o wymiarach 4x4 metry. Efekty? Ponad 2 mln widzów w Japonii, gdzie święcił największe tryumfy, a także miano filmu kultowego.

W czym tkwi siła obrazu? Dobrym posunięciem było obsadzenie w rolach głównych nieznanych aktorów. Oglądając współczesne filmy, zwykle możemy odgadnąć kto zginie, a kto przeżyje. W 99% się to sprawdza. W przypadku tego filmu nie jest to łatwe do przewidzenia. Po drugie mamy do czynienia z oryginalnym pomysłem. Po trzecie podczas oglądania odczuwamy atmosferę nieustannego zagrożenia. Niesamowity klaustrofobiczny klimat powoduje, że film ogląda się z zapartym tchem. „Cube” nie jest przewidywalny jak to bywa w większości kręconych filmów, więc cały czas szarpie nerwy widza. Poza tym można próbować odpowiedzieć na pytania stawiane przez głównych bohaterów opowieści. Można snuć domysły skąd wziął się piekielny labirynt, kto za tym stoi, co ja bym zrobił na miejscu tych ludzi? Jednoznacznej odpowiedzi jednak nie ma.

„Cube” przez różnego rodzaju niedopowiedzenia i specyficzny klimat, sprawia, że nie można obok niego przejść obojętnie. Nie jest to film o którym szybko zapomnimy.

tomciopaluch : : cube  
kwi 11 2008 Red Eye
Komentarze: 0

Wes Craven po kilkuletniej przerwie wraca w dobrym stylu na ekrany kin thrillerem, którego akcja rozgrywa się kilka tysięcy metrów nad ziemią.

Lisa Reisert – młoda bizneswoman kierująca obsługą hotelu, czeka na lotnisku na opóźniony lot do Miami. Podczas nudnego wyczekiwania poznaje sympatycznego Jacksona Rippnera. Nawiązują znajomość, a gdy w samolocie okazuje się, że mają miejsca obok siebie, to widz nie znający treści filmu może pomyśleć, iż ma do czynienia z kolejną komedią romantyczną. Jednak w chwilę po starcie sielanka ustępuje miejsca przerażeniu. Fabuła robi zwrot o 180º i z miłego na początku Jacksona wychodzi diabeł. Okazuje się, że ich spotkanie wcale nie było przypadkowe. Rippner jest w rzeczywistości zabójcą, który ma za zadanie nakłonić Lisę do współudziału w morderstwie znanego polityka. Bohaterka z racji swych zawodowych predyspozycji jest kluczem do sukcesu tej misji. Przekonanie jej nie powinno stanowić problemu, ponieważ ultimatum jest proste: albo pomoże w zabiciu polityka, albo jej ojciec zginie. Bohaterka znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Parę tysięcy metrów nad ziemią i bez możliwości ucieczki, jest zdana tylko na siebie.

Twórca trylogii „Krzyk” jest w wyśmienitej formie. Stworzył film, którego akcja wciąga praktycznie od pierwszych minut projekcji. Siła tego filmu przede wszystkim tkwi w tym, iż akcja rozgrywa się w klaustrofobicznym pomieszczeniu. Bohaterka osaczona przez bezwzględnego zabójcę, praktycznie nie ma możliwości wykonania żadnego ruchu na własną korzyść. Co prawda pojawiają się standardowe chwyty, jak wyjście do toalety, gdzie biedna dziewczyna będzie próbowała zostawić komunikat, ale na nic to się nie zda. Nie jest łatwą sprawą nakręcenie filmu, którego fabuła toczy się w jednym miejscu. Jest to jednak możliwe, co udowodnił Schumacher swoim „Telefonem” czy Natali filmem „Cube”. Craven również nie ma się czego wstydzić.

Strona aktorska filmu jest bardzo dobra. Oprócz wyjadaczy takich jak Jack Scalia w roli polityka, czy Brian Cox, który gra ojca głównej bohaterki, mamy tu dwójkę młodych, aczkolwiek utalentowanych aktorów. Rachel McAdams pomimo małego dorobku aktorskiego przekonująco zagrała kobietę maltretowaną psychicznie przez psychopatę. Rozterki, które targają główną bohaterką, zostały zagrane bardzo naturalnie. Cillian Murphy natomiast po raz drugi w tym roku udowodnił, że do ról morderców nadaje się znakomicie. Najpierw zaszedł za skórę Batmanowi w jego piątej odsłonie, a teraz wziął się za bezbronną (chociaż czy do końca bezbronną...) kobietę. W obydwu rolach spisał się wyśmienicie. W jego spojrzeniu lodowatych oczu jest to coś, co sprawia, że widz czuje pewien niepokój. Jego Rippner nie zawaha się przed niczym, byle tylko osiągnąć swój cel. Pilnuje swej ofiary na każdym kroku, a wszelkie próby bohaterki mające na celu oszukanie swego oprawcy, zostają od razu przez niego wychwycone, co powoduje, iż napięcie zamiast opadać, wciąż wzrasta. Pomimo, iż widz spodziewa się happy endu, to jednak to do ostatnich minut nie ma pewności czy wszystko potoczy się dobrze.

Kto liczy na thriller, gdzie krew leje się strumieniami, niech porzuci nadzieję. Natomiast jeśli ktoś chciałby zobaczyć psychologiczny pojedynek na dosłownie wysokim poziomie pomiędzy zabójcą, a jego ofiarą, niech poświęci te niecałe półtorej godziny na seans. Filmów, gdzie obserwowaliśmy walkę zła z dobrem, było w kinie całe mnóstwo, lecz „Red Eye” wcale nie odstaje od nich poziomem.